O paszportach w PRL-u
wyimek z dysusji na weryfikatorium.
Realia lat 80-tych były takie że wydostać się za granicę można było na kilka sposobów.
-Wycieczki - mogłeś jechać na wycieczkę zorganizowaną. Pod koniec komuny były nawet wycieczki do "kapitalistów" - Tylko kosztowały krocie i trzeba było mieć dolary. Np wycieczka do włoch wyglądała tak że wpłacało się w złotówkach kupę szmalu, do tego dajmy na to 120-150 dolarów (niezła płaca miesięczna to było 18-25) znajomi tak byli w Neapolu i Pompejach. Na miejscu okazało się ze za wstęp do obiektów trzeba płacić osobno... Ale dali jakoś radę to i owo zobaczyć.
tu nie musiałeś się martwić o paszport - organizator załatwiał paszport zbiorowy albo i normalne czasem. Masa ludzi z takich właśnie wycieczek uciekała zostając na granicą. We Włoszech były obozy przejściowe dla uciekinierów z demoludów...
-mogłeś pojechać na zaproszenie krewnych lub znajomych. W tym przypadku oni pokrywali koszta pobytu. Problem był w tym że trzeba było dostać paszport. do demoludów nie było z tym większych problemów. Na zachód czy do USA puszczali mniej chętnie ale puszczali. Trochę jak w więzieniu - jak się nie fikało władzy i wracało grzecznie z przepustki to za 4-5-6 razem nie było już kłopotu by jechać po raz kolejny. Ludzie czesto korzystali z okazji by popracowac sobie na czarno kilka tygodni. W latach 70-tych było łatwiej.
-można było pojechać indywidualnie. to było dużo trudniejsze i przeważnie trzeba było mieć znajomości w urzędach, milicji albo na ubecji - choć zdarzało się.
-można było jechać służbowo - np. budować szosy w Iraku. Płacono za to w dinarach, na miejscu s kantorze wymieniało się to na dolary które po powrocie do kraju wpłacało się na konto i były legalne. można było zarobić i odłożyć nawet 300 dolarów miesięcznie - równowartość rocznych zarobków. Popracował człowiek dwa trzy lata "u Arabów" wracał i stawiał domek albo kupował mieszkanie. Była też wymiana naukowa np. z USA. Ale niewielka. Miesiąc pracy w USA dawało w dolarach tyle co kilka lat pracy w Polsce.
Były kategorie ludzi którzy paszportu nie dostawali "bo nie". Zazwyczaj byli to ludzie którzy jakoś władzy podpadli. Albo których rodzice podpadli władzy. Albo którzy mieli krewnych za granicą. Albo których bliscy urwali się z wycieczki i zostali a granicą.
Czasem nie było wiadomo dlaczego. czyste konto - a i tak był gdzieś zapis - temu nie dawać. Bywało że takie odwiedzali albo zapraszali na rozmowę smutni i sugerowali że aby paszport dostać trzeba będzie to i owo kolegach z pracy opowiedzieć przy kawie. Ale wbew pozoromo nie było to częste. Nie wszyscy byli dla ubecji na tyle ciekawi...
Po odbyciu wycieczki paszport oddawałeś urzędnikowi który zamykał go w sejfie. I jak byłeś grzeczny miałeś szansę że znowu ci go "wypożyczą". A jak podpadłeś to nie.
*
Paszport to nie wszystko. Potrzebowałeś zagranicznej waluty. służyły do tego tzw książeczki walutowe. Jak gdzieś jechałeś wbijali ci pieczątkę - szło się do banku i kupowało czy to marki NRD cy dolary - po państwowym kursie. Jadąc do NRD mogłem kupić 200 marek wschodnio-niemieckich.
Jadąc na zachód można było chyba wykupić 150 dolarów na pobyt 2 tygodnie lub 200 nap pobyt 3 tygodnie. Jakoś tak - może nie jest to dokładna kwota ale zbliżona. może 180 dolarów na 3 tygodnie?
Nocleg w najtańszym hotelu we Francji ok. 50 dolarów.
Nie wiem jak gdzie indziej.
Polacy jadąc za granicę zabierali masę rzeczy w nadziei opchnięcia tubylcom. Wódę, spirytus, naszyjniki z bursztynu etc.
*
Wyjazd np. do Tasmanii zamiast wyjazdu do NRD? Zasadniczo mogłeś pojechać tam gdzie latał LOT np. bilet do Indii kosztował ok 100 tyś w roku 1987 (kuzynka leciała do ojca który tam pracował na kontrakcie). Czyli coś ze 3-4 dobre wypłaty - jeśli dobrze pamiętam.
Żeby dolecieć do Tasmanii trzeba byłoby polecieć do jednego większych portów lotniczych i tam się przesiąść w zagraniczny samolot. Kilkaset dolarów na kolejny bilet.
Cejrowski latał przez Kubę - kupował bilety na lot z hawany dalej po cenach socjalistycznych. nie wiem może przelot Polska-Algieria-Tasmania za kilkadziesiąt dolarów był możliwy?
Nie wiem jakie były ceny w Tasmanii. Pewnie za 150 dolarów można było tam wynająć auto i zobaczyć kawałek dżungli. Tylko dolecieć...
Lot latał najdalej do Bangkoku - po prostu wymieniały się tam załogi na okrętach. Część marynarzy wracała do kraju a nowi uzupełniali - al to chyba tylko ze 2-3 lata.
*
Mój Ojciec w 1976-tym był w Szwecji. Był kilka lat po kursie języka szwedzkiego. tam dostał kilka adresów - Szwedów zainteresowanych korespondencją z cudzoziemcami. Popisali do siebie parę lat - wreszcie padła propozycja - może wpadniesz zobaczyć jak mieszkamy.
Dostał zaproszenie, dali mu paszport (miałem dwa lata doszli do wniosku że nie ucieknie?) kupił bilet na prom. dostał przydział dewiz (150 dolarów chyba). posiedział u znajomych kilka dni a potem wypruł w głąb kraju - część koleją - zafundowali Mu bilet wielo-przejazdowy, część autostopem. Chyba planował zobaczyć Nordkap ale tak daleko nie dotarł. Żywił się głównie bananami i mlekiem- to było najtańsze. Sypiał pod gołym niebem (raz np zasnął na ławce w parku a obudził się jak się okazało ...na cmentarzu. Takie realia.
co do niego miała ubecja - nie wiadomo - więcej w każdym razie paszportu nie dostał. Jego znajomi ze Szwecji byli z rewizytą w 1983-cim (chyba).
Dla szwedów wycieczka do Polski była bardzo droga. Dlaczego? PRL żądał by na każdy dzień pobytu mieli określoną kwotę polskich pieniędzy - a korony wymieniali im po państwowym skrajnie bandyckim kursie. Skutkiem czego wycieczka do Polski kosztowała Szweda więcej niż wczasy w Hiszpanii. (!!!)







